Goodbye Heroes

Z nieukrywanym trudem podchodzę do tego wpisu, bo będzie on w dużej mierze świadectwem zakończenia pewnego etapu.

Przez ostatnie trzy miesiące, w co drugi weekend razem z grupą zupełnie obcych ludzi, stawaliśmy się lepszymi artystami i przyjaciółmi. Ciężko po tak długim czasie stwierdzić, że to już koniec przygody a dalej musimy ruszać sami. Chociaż przy obecnych możliwościach komunikacji, droga do wspólnego spotkania stoi otworem, to wszyscy wiemy, jak działa życie i czas. Nie odwiedzamy starych znajomych z poprzedniej pracy, nie wpadamy z wizytą do przecież, ulubionej szkoły. Choćbyśmy się dwoili i troili, warsztaty Sculpt Your Hero dobiegły końca. Nie mam jednak zamiaru odłożyć ich jeszcze na półkę i zapomnieć. Nie tylko pod względem merytorycznej wiedzy, jaką nabyłem, ale także dobrych wspomnień.

Dla niewtajemniczonych – jest to kompleksowe seminarium podzielone na sześć spotkań po dwa dni, gdzie od podstaw tworzony jest autorski bohater (model) przy użyciu narzędzi do projektowania przestrzennego (3D), teksturowania i w końcu renderowania. Tak z grubsza, ponieważ o M4G Semminars pisałem już i odsyłam zainteresowanych do tego wpisu. Dzisiaj pragnę się skupić na innym aspekcie tych spotkań i spróbować odpowiedzieć, dlaczego moja osoba, często na siłę garnę się w ogóle na takie wyjazdy. Wszak Królowa Lama robi już całkiem sporo rzeczy, po co jej jeszcze mocne 3D?

Jagger to efekt niepełnego kursu, wolnego popołudnia gdy powtarzasz Marvelousa, który został pokazany jakieś dwanaście godzin wcześniej.

Królowa Lama Origins

Wydaje mi się, że mało osób wie lub pamięta, co robiłem jeszcze przed studiami artystycznymi, kiedy grafika nie była rozbita na szereg pojęć, oraz dziedzin i świat wydawał się nieco prostszy. Jest trochę tak, że studia naznaczają Cię swoistą pieczęcią, świadczącą, że oto od tego momentu Twoje umiejętności będą pochodziły już na zawsze od nas. To część prawdy, gdy mało kto bierze pod uwagę, ile pracy w swój warsztat wykonuje się poza murami uczelni. Różne środowiska oceniają wykształcenie tylko po jednym jego dowodzie. Akceptuję to, chociaż się nie zgadzam.
Zanim zaprzyjaźniłem się z szerszym pojęciem sztuki, posiadałem, chociażby konto w serwisie digart i tak naprawdę to tam stawiałem swoje pierwsze kroki. Były one mniej osadzone w realiach, ale tęsknię do nich, ponieważ wydaje mi się, że „świat dorosłych” mocno kategoryzuje nasze rozumienie rzeczywistości. Kiedyś, gdy uważałem, że grafika (ale jeszcze nie projektowanie!) to jednorodny twór i nie ma różnicy między znakiem graficznym, digital paintingiem, stroną www czy wektorową ilustracją; to łatwiej było marzyć o sięganiu absurdalnych umiejętności. Wszak wtedy bycie artystą Blizzarda wydawało się takie… osiągalne. Lata później mam wrażenie, że jako osoby pozbawione dziecięcego polotu, zajmujące się konkretną dziedziną, trudniej nam jest otworzyć się na nową dziedzinę. Każda następna próba wydaje się taka odległa i skazana na porażkę, albo conajmniej ogromny wysiłek. Jako dzieciak po prostu robiłem, co chciałem i nic nie mogło stanąć na mojej drodze.

Nie przecieraj oczu, to moje pierwsze prace graficzne! Piąta i szósta klasa podstawówki, dwie gry karciane, dla których najtrwalsi mali sportowcy „zapominali strojów”. Do reedycji kupiłem nawet laminarkę!

Mieć bombera czy być bomberem?

Często słyszę tekst, że gdy coś jest od wszystkiego, to jest od niczego. Że należy skupić się i doskonalić wybraną dziedzinę, aby osiągnąć w niej mistrzostwo. To dobrze, jeżeli tak uważasz, dojrzałe podejście, które mocno szanuję i któremu się wcale nie dziwię. Sam po swoich pracach widzę, jak wiele jest rzeczy, które można (i trzeba) zrobić lepiej. Zarówno w ilustracji, jak i tworzeniu koherentnej marki, czy projektowaniu stron, a nawet śpiewaniu! Dokonanie wyboru, że od dzisiaj zajmuję się tylko rysunkiem, sprawiłoby pewnie, że podniósłbym się o wiele poziomów do góry, ale kosztem innych przyjemności. Bo w ostatecznym rozrachunku pierwsze strony internetowe, które sam kodowałem (html+css) jako dzieciak, dawały mi tyle samo frajdy, co pierwsze ilustracje i logo. Zazdroszczę w jakimś stopniu mistrzom świata User Interface, a z drugiej strony trochę im współczuję.
Te same umiejętności rozpoczęte kiedyś a rozwijane dzisiaj, dają większą świadomość projektowania. Czy nie lepiej jest wiedzieć, co programista wdroży od ręki, a nad czym spędzi pół dnia, gdy projektujemy witrynę na wczoraj? Lub gdy ktoś proponuje nam zlecenie niby związaną z brandingiem, ale też dorzuci grosz za prostą ilustracją, czy nie warto się pochylić chwilę nad nowym medium?
Tak właśnie uważałem jeszcze przed studiami i uważam nadal. To dlatego dzisiaj może tak wiele dziedzin próbuję w sobie połączyć. Ma to nieukrywane wady, lecz także zalety. Gdy przychodził nowy problem do rozwiązania, na żywym organizmie doskonaliłem nowe umiejętności. Czy było to zdrowe dla pacjenta? Z tego co pamiętam, nikomu nigdy nie stała się krzywda!

Ilustrację pieska robię dla narzeczonej, bo zmarł jej i nam smutno. A ćma powstała, żeby zrobić okładkę death metalowej kapeli, bo jakoś tak wyszło. Literki też sam zrobiłem, bo co to za defowa kapela bez defowej literki?

Wyrzeźb swojego bohatera, albo i nie.

Jak to się ma do warsztatów Sculpt Your Hero, chyba łatwo odgadnąć. Nie byłbym sobą, gdybym nie czuł przemożnej chęci, aby zaanektować jakoś tę dziedzinę do swoich prac. Niczym kolejny element układanki, gdy wszystko pomału splata się z sobą i zazębia. Niby wciąż nie potrafisz w pełni użyć tej wiedzy, ale masz jej świadomość i z samego tego faktu, szerszej perspektywy, możesz tworzyć bardziej świadomie.
Zaraz, zaraz! Czy celem uczęszczania na jakiekolwiek zajęcia nie powinna być chęć bycia lepszym? Tak, ale nie najlepszym. Jaką ma wartość praca wykonana pod okiem trenera, której nie powtórzysz w domowych warunkach? Mierzenie swoich sił na zamiary to auto ograniczenie, które pozwala skupić się na tym, co dla Ciebie najcenniejsze. Patrzenie na innych nigdy nie kończy się dobrze, wszak nie jesteśmy po to, aby być czyimiś klonami. Daje to też w mojej ocenie, lepszą perspektywę, gdy nie tworzysz niczego za wszelką cenę.

Jeszcze podczas studiów miałem pogląd odwrotny, że trzeba wszystkim dokopać, ponieważ wydawało mi się, że mogę. Wcześnie zacząłem poznawać software, więc mam moc udowadniania każdemu, że jestem najsuper. Inna sprawa, że musiałem też trochę się podciągnąć i swoje wywalczyć, ale przecież na dobrą sprawę nikogo to nie interesowało. Dzisiaj wiem, że równie fajnie jest także, jak ktoś inny zrobi niezły projekt. Oczywiście bezkrytyczne cukrowanie również nie ma ani odrobiny wartości, ale ile więcej mam nie będąc zawistnym, to tylko moje. Dodatkowo korzystam, bo mając przyjaciół z większą wiedzą od siebie, zawsze mogę się czegoś od nich nowego dowiedzieć.

Tym bardziej nostalgicznie podchodzę do finału trzymiesięcznego cyklu spotkań. Rzeźbienie w 3D to niewątpliwy plus, ale tworzenie wielopoziomych konstrukcji z żartów o popkulturze to całkowicie bezcenne doświadczenie (z Asterixem, Obelixem i FBX-em na czele). Zbrusha możesz się nauczyć zawsze i na wiele sposobów, ale taką przygodę przeżyć — tylko jeden raz. I to dokładnie przygodę, bo sytuacji, które tworzą wspomnienie tych spotkań, zliczyć nie jest łatwo. Od faktu, że jednego dnia kilka osób postanawia pójść ze sobą na „tylko jedno piwo”, a potem nie wiesz jak dostałeś się do domu, aż po niespodziewany maraton biegaczy uniemożliwiający Ci dostanie się na zajęcia. W dużej mierze z własnej winy bycia leniwą pierdołą i niesprawdzenia wcześniej wiadomości. (Chociaż wolę obecnie twierdzić, że wszelkie maratony przez środek miasta to zło ostateczne).

Ten uczuć, kiedy robisz zdjęcie dyplomu, ale starasz się nie przyciąć kadrem fotografii swojej ekipy.

Repetitio est mater studiorum.

Projekty z zajęć będziemy publikować w różnych miejscach, pewnie już niektóre można obejrzeć na M4G Semminars. Polecam, ponieważ każdy z tych obrazów to krwawica palców i oczu. Towarzyszyło im zmęczenie tematem i wgapianiem się w monitory, ale też szczęście ze wspólnie jedzonych co niedzielę bomberów. Dzielenie się żarciem od chińczyka, gdy przypadkiem zamówiono za mało w afekcie tworzenia kolejnego elementu modelu. Radością po egzaminie, który właściwie nie okazał się mocno trudny. I jakimś ukłuciem w sercu, że to naprawdę już koniec, gdy dostajesz swojego Ikara.

Końcową refleksję chcę poświęcić pytaniu: „czego Ty chcesz Lama?”. Mam taką cechę, że szukam odpowiedzi, której nie znalazłem w momencie, gdy była mi potrzebna. Niestety teraz także nie znajduję żadnej satysfakcjonującej wypowiedzi na tę okoliczność. Mogę rzucić piękne hasło czy dwa, skonstruować odpowiednio dumnie brzmiące zdanie. Wciąż jednak nie wiem, czego chce Królowa Lama. Odpowiedź leży w zlepku fascynacji tym, co związane z projektowaniem, co pozwala na spędzenie ośmiu godzin w pracy nad projektami, po to, by spędzić kolejne godziny w zaciszu domowym nad… projektami. Nie wszystkie widać, nie każde są szczytem kunsztu artystycznego. Jednakże uważam, że to pomiędzy nimi leży odpowiedź na to pytanie. Czasami sądzę, że jest to wiedza, a czasami satysfakcja płynąca z dobrze wykonanej pracy. Innym razem poczucie dumy z własnego zawodu. Prywatnie wszystko sprowadza się do zupełnie innej materii, posiadania, przeżycia, przetrwania. Jak odpowiedzieć na pytanie, czego ja chcę?
Projektować.