Paranoja od Gdańska przez Polskę całą.

Gdybym miał wyobrazić sobie miejsce, w którym z każdego wydarzenia tworzy się albo święto, albo żałobę narodową, to pomyślałbym o Polsce. I po raz kolejny zechciał się stąd wynieść jak najdalej.

Staram się ostatnio maksymalnie doceniać możliwość budzenia się na swoich zasadach. Wypić kawę o nierównej godzinie, posiedzieć w łóżku próbując nie reagować na wygłupy mojego młodego psa. Ot taki sielankowy poranek, o jakim chyba każdy marzy po tygodniu pracy. Potem spokojnie zasiąść do swoich obowiązków, planów, rutynowych czynności. Cokolwiek by to nie było, dobrze rozpoczęty dzień to dobry dzień, prawda?

A jaki będzie dzień, który zaczyna się od ogromnej żałoby nad człowiekiem, o którym w życiu nie słyszałem. Człowiekiem, któremu chcą nawet w moim, oddalonym od Gdańska o setki kilometrów mieście, nadać nazwę ulicy? Co powiecie na taki poranek, gdy w każdym medium wszystkowiedząca tłuszcza obrzuca się winą za absolutnie każde zło związane z ostatnimi wydarzeniami. Mało tego! Dzień w którym, aby uciec od absurdów mainstream’owych mediów włazisz to alternatywnego internetu i dostajesz w pysk meandrami randomowych ludzi, którym bezpardonowo, nagle całe życie się odmieniło. Dlaczego? W jaki sposób? Co się zmieniło? Nie wiedzą. Wiedzą, że trzeba o tym mówić, pisać (jak ja!) i oskarżać (już mniej niż ja). Koniecznie oskarżać.

Nawet Google Polska postanowiło mi przypomnieć, że powinienem być smutny. Jest ładny dzień, ale i tak smutek. Owsiak odchodzi więc wojna. Potem niby wraca, ale jakoś dalej wojna. Andrzej Duda nawet przyjedzie poopowiadać anegdoty, chociaż żona zmarłego podobno nie chce. Następnie w telewizorze będą napieprzać na siebie o to jeszcze przez tydzień. Każdy chyba poczuł powołanie, aby nabluzgać na drugą osobę przy tej godnej okazji. I w takich okolicznościach żegnamy prezydenta Gdańska, coby nie mówić zmarłego tragicznie na służbie.

Mam z tym ogromny problem, bo jeszcze na początku każdy chciał oddać zmarłemu cześć. Teraz, po tym wszystkim nawet osoby chcące wynieść się ponad podziały, zakorzeniły się w nich jeszcze bardziej za namową reszty wspaniałego społeczeństwa.

Ten tekst powinien się pojawić dużo wcześniej, być bardziej na czasie i zebrać więcej klików. Zauważyłem, że klikalność ma ogromne znaczenie nawet dla osób, które nie prowadzą żadnej działalności ani politycznej, ani społecznej, ani w ogóle jakiejkolwiek. To znak czasów, że dla lajka na facebooku dziewczyna z mojego miasta napisała tekst, w którym po rezygnacji Owsiaka oświadcza, że jej życie już nigdy nie będzie takie samo. Oczywiście łamaną (bardziej niż moja) polszczyzną, wywód pełen smutnych emotikon, ale jednak. Wartości dodanej w tym zlepku słów nie było, powtarzane frazesy, że to PiS ma krew na rękach oraz że wszystko z winy jakiegoś małego, zgorzkniałego dupka. Jednocześnie dwa zdania obok wypisując złote myśli o zwalczaniu mowy nienawiści, a jakże.

Źle się tutaj czuję, mówiąc szczerze. Źle mi w świecie tak absurdalnych pomysłów i narzucanych podziałów. Prawdą jest, że nikt nie stara się ich spłaszczać nawet w dobie tragedii, która przecież się wydarzyła. Spór nad grobem przestał nawet dotyczyć zmarłego, w końcu teraz chodzi o tych, co dają na Owsiaka albo tych, co dają na Rydzyka. Przestaję mieć wobec tego potrzebę obcowania ze wszystkimi postaciami bez twarzy i poglądów uznając, iż dyskusja z nimi nie przyniesie niczego dobrego. Nie mam też absolutnie ochoty przebywać wśród ludzi o zdefiniowanych zdaniach na każdy temat, bo zbiera mi się na wymioty od tak ciasnych, niby wszystkowiedzących umysłów.

Kiedyś powiedziałem głośno, że lubię teksty Natalii Przybysz, to grupa konserw nazwała mnie lewakiem. Gościa, który jeszcze parę lat temu twierdził, że tylko PIS, a teraz to by najchętniej zagrzebał głowę w piasku, widząc co się dzieje z konsekwencją, na jaką liczyłem. Po kilku latach nie ma dla mnie miejsca, bo mam dość koncepcji ojczyzny karmionej łatwizną, ale też do malowania tyłkiem obrazów i przyjmowania uchodźców mi daleko. Dodatkowo widzę karykatury ludzi, którzy pływają małą łódeczką po brudnej kałuży polityki jak im wiatr zawieje, a którzy pierwsi stawiają tezy i mówią o tym, co się powinno lub nie.

Ostatni tydzień dla osób takich jak ja był prawdziwym koszmarem. Po ludziach zaangażowanych w wielką wojnę o nic, spodziewałem się tego typu wybryków. Memy nigdy mi nie przeszkadzały i ignorowałem je potężny w swoim dystansie. Jednakże ogólnopolska paranoja, jaka wybuchła tak niespodziewanie sprawiła, że każda chwila stracona na kontakt z drugim człowiekiem oznaczała partycypowanie w tym bagienku. Spodziewałem się, że chociaż mój ukochany bastion normalności (przynajmniej z mojej perspektywy), jaką jest sztuka użytkowa, nie będzie poczuwał się do niskich pobudek. Z żerowaniem na nowopowstałej, przykrej modzie na czele. Lecz nie, STGU postanowiło pokazać, że też mogą być sępami i nawet pochwalają bycie sępem. Czemu nie?

Przecieram oczy ze zdumienia nad tym, że naprawdę to wszystko się dzieje. Tak wiele osób, po których spodziewałbym się moralnego hamulca, postanowiło uroczyście pokazać, że wywalają go z pojazdu razem z kierownicą. Na domiar złego zmuszono mnie, abym tym pojazdem jechał tysiąc na godzinę, ponad urwiskiem. Po prawej stronie mając samych łysych narodowców nienawidzących „Serduszka Owsiaka”, a po lewej multiplikację Klaudii Jachiry ze swoją kukiełką Kaczyńskiego.

Boże, proszę, ja chcę w góry.